
Odkąd pamiętam moim głównym celem było- być silną, niezależną kobietą. Zdobyć wykształcenie, mieć dobrą pracę, dobrze zarabiać i nie być zależną od mężczyzny. Nie usłyszeć nigdy 'Ja ciężko haruję, a ty siedzisz w domu!!', nie musieć prosić o pieniądze, tłumaczyć się z wydatków. Móc zawsze wyrazić swoje zdanie i nawet siłą je przeforsować, jeśli trzeba. No i mam 20 lat, zdobyłam wykształcenie średnie, studiuję ciężko (no ale bez pracy nie ma kołaczy, racja?), co prawda nie zarabiam, ale jestem na drodze, żeby w przyszłości móc zarabiać. I do jakiego wniosku dochodzę? Że to wspaniałe móc zdobywać tę niezależność, ale coś się po drodze traci, coś umyka. Walczymy silnie- w pracy, w szkole, w domu wykonujemy obowiązki, wychowujemy dzieci, opiekujemy się starszymi. 100 lat temu kobieta miała chyba trochę łatwiej. Co prawda siedziała w domu i pracowała w domu, rodziła dzieci co 9 miesięcy, ale czy nie żyła wtedy w zgodzie ze swoją naturą? Czy dodawanie sobie harówy w pracy do normalnych obowiązków- sprzątanie, gotowanie, dzieci nie sprawia, że tracimy części naszej kobiecości? Zmęczone i spracowane, czasem brak nam sił na tę kobiecość.

A może plotę totalne bzdury? Przecież 100-200 lat temu kobiety także trudniły się pracą. Pracowały w fabrykach, szwalniach, na polu. Traciły tam siłę i zdrowie, czasem życie. Teraz mamy różne możliwości, kiedyś ich nie było. Podczas przemysłowego boomu całe rodziny sprowadzały się ze wsi i miast i żeby się utrzymać jakkolwiek- wszyscy musieli pracować, aby nie umrzeć z głodu. A z drugiej strony wtedy kobiety nie miały żadnych praw. Teraz możemy wszystko, o ile nie jesteśmy wyznawczyniami religii ograniczającej kobiety w znacznym stopniu. Więc może to czcze narzekanie? Teraz zwykła kobieta może harować, pracować i się zamęczać, ale może sama zamieszkać, zbić fortunę, mieć kochanków, robić na co ma ochotę, co w minionym wieku uchodziłoby za skandal.
Trzeba pomyśleć też o kolejnej rzeczy- kiedyś można było tylko w jeden sposób, teraz sposobów jest tysiące! Mamy rozpowszechnioną antykoncepcję-możemy kochać się jak chcemy, kiedy chcemy, ile razy chcemy i nie musimy być w kolejnych ciążach całe młode życie. Mamy wybór garderoby- nie ograniczają nas ciasne gorsety, ogromne, ciężkie, małoprzewiewne suknie, w których co najwyżej można było trzepotać rzęsami i nic więcej. Mamy bieliznę, podpaski, tampony, rajstopy, jeśli komuś zimno w pupcię zimą. Adidasy, jeśli chcemy pobiegać. Spodnie, ale to chyba oczywiste. Miesiączka nas nie ogranicza jak za dawnych czasów. Moja babcia opowiadała mi, że musiała nosić ligninę, a druga, że odpowiednik pieluszek. Opalanie na Dominikanie? Proszę serdecznie- wskakujemy w bikini i grzejemy się w słoneczku, nie ma, że opalenizna to znak wieśniactwa (no, w porządku, tapeciary z solarium nie są Wenus z Milo, ale trochę piegów i łagodna opalenizna fajnie wyglądają), nie ma, że nie możemy pokazać się prawie nago publicznie. Możemy, a co. Partner? Nie podoba się ten, niech będzie następny, nie trzeba wychodzić za nikogo będąc nastolatką, bo wypada się wydać dobrze za mąż.

Możemy robić co chcemy i tak to nikogo nie obejdzie za bardzo, szczególnie jeśli mieszkamy w wielkim mieście. Możemy czerpać co dobre z poprzednich wieków, ale nie jesteśmy ograniczone ich jarzmem. Pończochy i sukienki, ale także prawo jazdy, głosowanie, szkoła wyższa. Wdychamy do dawnych czasów, ale nie mamy wcale źle, bo mamy wybór. Wzdychamy do wyidealizowanego świata, do naszych marzeń o świecie. Ale czy wzdychanie jest złe? Oczywiście, że nie, jest to uzasadnione, bo kiedyś faktycznie wszystko było piękniejsze-nowoczesny design jest dla niektórych zimny i po prostu brzydki z porównaniu z klasyką. Ja też wzdycham. I się inspiruję.
Tak czy inaczej, naprawdę cieszę się, że żyję gdzie żyję, jak żyję i kiedy żyję. I chyba nie zamieniłabym się na inne czasy.
Zaczęłam od niezależności kobiety. Na tym też skończę- nigdy nie będę niezależna. Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy wróciłam po wycieczce do domu, a mój Ukochany do swojego domu... Nie jestem zależna od niego materialnie i nie będę, ale w duszy wiem, że jestem w pełni zależna, malutka i zagubiona. Trzepocząca rzęsami, w ciasnym gorsecie, niezdolna do życia bez niego. Próbuję napisać coś co, nie będzie banalne, ale chyba jednak jest. Bo jak opisać w słowach, na publicznym blogu miłość? Każdy kocha, każdy miewa romanse, partnerów. Motyw miłości jest wszędzie-serialach, filmach, listach do Bravo. Jak napisać, że moje uczucie jest wyjątkowe i jedyne na świecie, skoro jest w zasadzie typowe? Ciocia powiedziała kiedyś- "aa, chłopak, wszystkie mają chłopaków". Dochodzę jednak do wniosku, że wyjątkowe i typowe nie wykluczają się wzajemnie. Każdy kocha, ale nikt nie kocha tak jak poszczególna jednostka. I to nas czyni wyjątkowymi ludźmi, każdego z nas.
I jakby co- jestem niezależna, zawsze.